Światełko Aniołka
Nasza historia
Każda historia zaczyna się od pewnego wydarzenia. Każda książka zaczyna się od pierwszego słowa...
Cześć, nazywam się Paweł i dzisiaj chciałbym opowiedzieć Wam pewną historię.
Wtorek, 11 stycznia 2022 roku
Było śnieżnie i mroźno. Prawdziwa polska zima, pełna śniegu.
Zbierałem się rano do wyjścia do pracy. Mój niespełna roczny syn bawił się w pokoju swoimi zabawkami, a jego mama siedziała obok na kanapie. Była w 40. tygodniu ciąży z naszą pierwszą córką, Polą, i nie mogliśmy się doczekać Jej przyjścia na świat. Jeszcze przed wyjściem podszedłem do niej i położyłem rękę na jej brzuchu, mówiąc: „może to dziś jest ten dzień?”. Robiłem tak od jakiegoś czasu przed wyjściem. Pod ręką poczułem kopnięcie, a może mi się wydawało? Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że ten dzień zmieni moje życie na zawsze i już nic nigdy nie będzie takie samo. Łącznie ze mną.
Przed południem dostałem wiadomość: „skurcze są regularne i coraz silniejsze. Rozmawiałam z lekarzem, muszę jechać do szpitala, zaczynam rodzić”. Wyszedłem z pracy, zawiozłem syna do dziadków. Po południu odwiozłem mamę Poli do szpitala. Stres. Podjechaliśmy pod szpital. Skurcze miała już tak silne, że musiałem iść po wózek. Gdy czekaliśmy na windę, odeszły wody. Było w nich bardzo dużo krwi. Przyjechała winda, jedziemy na drugie piętro. Dzwonię dzwonkiem na oddział. Po chwili otwierają się drzwi i stoi w nich pielęgniarka. Mówimy zestresowani, że lekarz kazał przyjechać, że poród się zaczął i że wody przed chwilą odeszły. Pielęgniarka spokojnym głosem odpowiedziała: „tu się państwo żegnają”. Pożegnaliśmy się.
Byłem dziwnie niespokojny, ta krew w wodach nie dawała mi spokoju. Kiedy zjechałem na parter i wychodziłem z windy, po plamie krwi nie było już na podłodze śladu - ktoś już zdążył ją posprzątać. Wychodząc ze szpitala, zadzwoniłem do naszej wspólnej koleżanki powiedzieć, że już się zaczęło. Zapytałem też, czy krew w wodach płodowych jest normalna. Ma dwójkę dzieci, a jedna akcja porodowa zaczęła jej się w domu. Uspokoiła mnie, że może się zdarzyć. Uspokoiłem się, trochę.
Odebrałem syna od dziadków i wróciłem do domu. Ze szpitala żadnych wieści. Położyłem Młodego do łóżeczka. Pomyślałem, że zadzwonię do szpitala, bo minęło już sporo czasu i nadal nie było żadnych wieści. Pierwszy telefon: nikt nie odbiera. Dzwonię na komórkę mamy Poli, również nikt nie odbiera. Po którymś razie ktoś wreszcie odebrał telefon w szpitalu. Krótka, chłodna informacja: „partnerka zaraz oddzwoni”. Chwilę później na ekranie telefonu widzę połączenie przychodzące, dzwoni mama Poli… odbieram i słyszę: „Mała nie żyje, musisz tu przyjechać”.
Ciemność… To ten rodzaj informacji, której żaden rodzic słyszeć nie powinien. A każdy, kto usłyszał, zapamięta ją do końca życia. Modliłem się, żeby to nie była prawda. To nie mogła być prawda. Ciąża przebiegała dobrze, nie było powodów do obaw.
Pojechałem do szpitala… Ten sam korytarz, ta sama winda, te same drzwi na oddział.
Wyszedł lekarz, który odbierał poród. Po przyjęciu na oddział KTG nic nie pokazywało: brak pulsu dziecka. Decyzja: cesarka. Próbowali Ją reanimować ponad 20 minut. Niestety się nie udało. Odkleiło się łożysko, nic nie można było zrobić. W chwili porodu moja córka nie żyła już najpewniej od kilku godzin. Świat dla mnie przestał istnieć. Oparłem się o ścianę, nogi ledwo utrzymywały mój ciężar, nie wiedziałem, co zrobić.
Poprosiłem, żebym mógł Ją zobaczyć. Lekarz się zgodził. Szedłem, a raczej powłóczyłem nogami za nim przez korytarze szpitala. Każdy kolejny krok był coraz większym wysiłkiem. Doszliśmy do… oddziału noworodkowego. Weszliśmy i usłyszałem płacz dzieci. Tak bardzo prosiłem Boga, żeby ktoś się pomylił: że moja córka też płacze wśród tych dzieci. Niestety nie płakała. Przywieźli Ją do pokoju w wózeczku dla noworodków, zawiniętą jak noworodka, w czapeczce.
Moja córka Pola miała 4100 g i 62 cm. Gdyby żyła, miałaby 10/10 w skali Apgar.
Była najpiękniejszą dziewczyną, jaką w życiu widziałem. Była taka duża, taka ciepła i taka miękka.
Pewna część mnie została z Nią na zawsze w tym pokoju. Bardzo długo miałem przed oczami obraz Jej małej twarzyczki ze smukłą bródką i małym noskiem. Gdy zamykałem oczy, widziałem Ją tak wyraźnie… Dziś znowu wracam do tego pokoju i mam Ją na rękach. To był najgorszy moment mojego życia, a jednak tak bardzo chciałbym tam wrócić, żeby jeszcze choć raz móc wziąć Ją na ręce i przytulić do serca. Chociaż raz mieć Ją przy sobie. Taką ciepłą, miękką i pachnącą malutkim dzieckiem.
Jako ojciec chciałem móc zrobić dla Niej wszystko — wszystko, co jeszcze mogłem.
Zakład pogrzebowy, msza, trumna... W zakładzie pogrzebowym poprosiłem, żeby mi pokazali, jak wygląda trumna dla dzieci. Na zapleczu pokazano mi małą białą trumnę, była bardzo zakurzona. Pomyślałem, że chyba na szczęście nie mają dużo klientów takich jak ja.
U jubilera kupiłem dla Niej łańcuszek z Matką Bożą z Dzieciątkiem, żeby Ją strzegła.
W sklepie z rzeczami dla dzieci kupiłem białą sukienkę z kapeluszem — pierwszą i ostatnią sukienkę, jaką kupiłem w życiu — małe rajstopki, małe buciki oraz ozdobę do kapelusza: opaskę z różami. Kupiłem Jej też pluszowego pieska, żeby nie była sama. Nazwaliśmy go Papaj. Mama Poli w ciąży jadła szpinak na kilogramy, stąd też to imię. Pani ze sklepu, która pomagała mi w zakupach, myślała, że to na chrzest… Ile bym dał, żeby tak było. Po wyjściu ze sklepu myślałem, że oszaleję.
Wtorek, 18 stycznia 2022 roku
Dzień pogrzebu.
Przed wizytą w domu pogrzebowym pojechałem po różę dla Poli. Chciałem Jej dać jedną białą różę. Pierwszą, którą kupiłem, wyrzuciłem zaraz do kosza. Wydawała mi się za mało idealna dla mojej córki. Drugą wybrałem sam, tę też dałem córce.
Był czas pandemii COVID i zakład pogrzebowy nie zgodził się, abym mógł sam przygotować córkę do pogrzebu. Mogłem się jednak z Nią pożegnać przed samym pogrzebem.
Gdy wszedłem do pokoju pożegnań, była ubrana w sukienkę i kapelusz, które Jej kupiłem. Dałem Jej różę i wyrwałem jeden płatek z samego środka dla Jej mamy na pamiątkę. Włożyłem Jej Papaja do trumny i powiedziałem Jej, że będzie Jej towarzyszył, żeby nie była sama. Jej twarz wydawała mi się wtedy taka inna niż w szpitalu.
Nigdy nie zapomnę momentu, gdy pracownicy zakładu pogrzebowego zamykali trumnę. Nigdy nie zapomnę widoku ostatnich promieni południowego słońca na twarzy mojej ukochanej córeczki.
Gdy ksiądz zaczął Mszę od „Pola zebrała nas wszystkich w tym miejscu”, wśród małych papierowych Aniołków zawieszonych na choince obok ołtarza jeden zaczął się kręcić… Tylko jeden.
Na pogrzebie niosłem trumnę z kaplicy do karawanu - mój pierwszy spacer z córką. I z karawanu do grobu. Nie było mi dane odprowadzić Jej do ołtarza, za to mogłem Ją odprowadzić w Jej ostatnią drogę.
Tylko tyle mogłem wtedy dla Niej zrobić.
W momencie, gdy pracownicy domu pogrzebowego spuszczali trumnę z moją córką do grobu, trzymałem mojego syna na rękach. Stałem tak, rozdarty między dwoma światami - tym ziemskim i tamtym - po drugiej stronie. Miałem ochotę skoczyć za Nią, położyć się obok i prosić, żeby zakopali mnie razem z Nią.
Mówi się, że atrybutem matki jest serce — serce mamy. W tamtej chwili, trzymając syna na rękach, a chwilę wcześniej niosąc trumnę, zrozumiałem, że atrybutem ojca są ręce i dłonie.
Kilka tygodni po pogrzebie posadziłem Jej przy grobie dwa krzewy białych róż, żeby nigdy ich Jej nie zabrakło.
Podobno człowiek zapomina ból, podobno czas goi rany. Myślę, że bardziej pozwala się „przyzwyczaić” do straty. Jednak czasem wraca, jak bóle fantomowe po amputacji. Na moment, na chwilę, ale wraca. Ten sam, tak samo mocny, w sercu.
Najgorsza jest jednak bezsilność: to poczucie, że już nic nie można zrobić.
Ja jednak postanowiłem coś zrobić…
Epilog — cztery lata później
Cześć, jestem Paweł. Teraz już znasz moją historię. Jestem tatą Poli.
Przychodzi Dzień Dziecka, Święta, urodziny, wizyta w sklepie z zabawkami. I kupuje się kolejną zabawkę, kolejny samochodzik, kolejną lalkę, bańki mydlane. W nadziei, że przyjdzie i się tymi zabawkami pobawi. I znicze… Małe światełko pamięci, które daje nadzieję, że zobaczy je gdzieś zza chmur i będzie mieć pewność, że wciąż jest w naszym sercu, że tęsknimy i pamiętamy. Bo jeszcze kiedyś się spotkamy. Nasze Aniołki poczekają, a my się nie spieszmy i pamiętajmy.
Pierwsze światełka zrobiłem dla Poli. Potem pomyślałem, że być może inni rodzice po stracie również potrzebują takiego symbolu: czegoś stworzonego specjalnie dla ich dziecka - żeby inne Aniołki mogły poczuć, tak jak Pola, że ich rodzice bardzo za nimi tęsknią i o nich pamiętają.
Tak powstało Światełko Aniołka. Z bólu, rozpaczy, bezsilności, tęsknoty i łez, ale też z Miłości, wiary i nadziei na ponowne spotkanie. Kiedyś.
Pola jest powodem, dla którego to miejsce istnieje.
A dziś… Dziś niech Światełko Aniołka świeci, żeby żaden Aniołek nie miał w Niebie wątpliwości, że ktoś Go kocha i tęskni.
Mam jednak nadzieję, że nie potrzebujesz naszych produktów i być może jesteś tu z ciekawości. A jeśli chcesz podarować coś wyjątkowego swojemu Aniołkowi albo Aniołkowi kogoś bliskiego, wiedz, że przygotujemy światełko z taką samą dbałością, z jaką robiłbym je dla mojej córki.
Dziękuję, że poznałeś/aś Jej historię.
Paweł Piórkowski, tata Poli